O autorze
Oblatuję świat posmoleński, okiem fizyka próbując zlokalizować szczątki normalności wsród wezbranych odmętów fałszywej "fizyki smoleńskiej" i brudnawej polityki. Jasne, że nie chcę opowiadać w kółko o katastrofie. Jednak, jako że ten temat będzie dominował w najbliższym czasie (pon. 50 lat, wg. Tomasza Lisa, wg mnie tylko pon. 25 lat), może nieco zepchnąć na bok superkomputery, bezpieczne małe lotnictwo, najnowszą astrofizykę i przestrzenie Ameryki Północnej.
Mam popularny w 2011-2014 blog Fizyka Smoleńska w Salonie24, który po kilkuletniej przerwie kontynuuję.

Historia sekty smoleńskiej Macierewicza w zarysie

Demotywatory.pl
Religia smoleńska A. Macierewicza ma szalenie ciekawą, acz mało znaną historię, która z coraz większym mozołem toczy się pod górkę zaufania jego wyborców.

Antoni Macierewicz był przed katastrofą smoleńską posłem obchodzonym z daleka przez znaczną większość polityków - skompromitowanym szantażystą teczkowym, nieudolnym likwidatorem WSI dekonspirującym polsko-amerykańskie tajne operacje. Wg znajomego fotografa, przemykał cichcem pod ścianami sejmu. Lecz oto następuje 10.04.10 a z nim wielka szansa.

Pan Antoni jest w Smoleńsku. Co robi były policmajster? Chyłkiem umyka z miejsca tzw. później 'największej zbrodni', pozostawiając Lecha w błocie. Nawet nie fatyguje się na lotnisko Siewiernyj zobaczyć co się stało, zrobić zdjęcia, cokolwiek! - jak to robią inni. Wsiada do pociągu do Wwy, po zjedzeniu obiadu. Wkrótce jednak obiecuje udowodnić, że ten wypadek to Zamach. Ktoś podsuwa Kaczyńskiemu do wierzenia bajkę o pancernym tupolewie i wycince nim lasów, a AM zakłada klub zamachizmu "ZP", to znaczy Zespół Parlamentarny, nur für PiS. Robi z katastrofy obrzydliwy cyrk i pisowski taniec na trumnach, cynicznie zwierzając się z tego później niektórym (np. generałowi Pytlowi "pan rozumie, ze 'zamach' to tylko takie polityczne narzędzie", a innemu znajomemu "myślisz, że po co ja z siebie durnia robię? tego wymaga mój elektorat").

Tylko nie może biedak znaleźć ekspertów, którzy by poparli jego polityczny plan, firmując go swymi znanymi nazwiskami (tak było od 2010 do dziś; namawiani byli za władzy PiS profesorowie PAN, ale nie chcieli; może poza jednym, ale ten był już tam wcześniej i niedawno gdzieś się zapodział - trzeba wiedzieć, że grupirowka AM ostatnio gubiła na dosłownie każdym zakręcie członków). Po roku zgłasza się kilku niewydarzonych pomocników, w większości to tzw. idioci techniczni, blogerzy z salonu24. Nie rozumieją dlaczego samolot lata, za to są sprawni we wkręcaniu się na zebrania założycielskie egzekutywy AM i KaNo (pseudonim sieciowy K. Nowaczyka). Rexturbo w salonie24 określa jednego z nich, arch. M. Dąbrowskiego, jako faceta o wyglądzie i manierach esbeka, po czym sam zachowuje się podobnie w stosunku do M. Jaworskiego, do którego powrócę. Jedni są z kraju, inni to emigranci. Najużyteczniejszy jest Wiesław Binienda, mąż obrotnej polityk polonijnej, która, jak jest godzinne spotkanie z polonią, to oddaje mu mikrofon na 20 minut żeby "poudowadniał" trochę, a resztę czasu bryluje sama, kładąc znak równości między wypadkiem komunikacyjnym (jak już wtedy z badań prawdziwych komisji badania wypadków lotniczych wiadomo) a Katyniem. Przydają się K. Nowaczyk i G. Szuladziński, chociaż nie umieją nawet obsłużyć skypa. Gubią się podczas "telemostu" w sejmie, gdy dzwoni użytkownik "putin". Na spotkaniu Kaczyński pod wpływem monotonnego Nowaczyka zasypia.


Oszukując ciemną masę, jak mawia Kurski (ten dobijający chorą stację TVP), czyli swoich własnych wyborców, Macierewicz nazywa trzech pomocników z zagranicznymi adresami wielkimi naukowcami z zagranicy, wybitymi konstruktorami itd. W istocie to osoby tak słabo wykształcone, że nie mają pojęcia co to jest, ani nawet jak się wymawia słowo aerodynamika albo "równanie Navier-Stokes'a". Nie umieją wykonać żadnych poprawnych obliczeń inżynieryjnych dotyczących katastrofy, gdyż mają naprawdę niewielkie pojęcie o obliczeniach numerycznych, budowie skrzydeł, modelach materiałowych drewna, regułach lotnictwa, nawigacji, awionice, pilotażu, a ich wiedza fizyczna w kraju niedemokratycznym zaowocowałaby czteroletnią przymusową reedukacją. Z rozpędu do "amerykańskich ekspertów" zaliczają polskiego blogera, dawniej fizyka, M. Jaworskiego. Oszustwo miało właśnie polegać m.in. na tym, że odbiorca pisowski nie ma wykształcenia, za granicą - zwłaszcza na uczelni - nie bywał, więc nie połapie się, że ci zagraniczni to żadni słynni naukowcy ani inżynierowie. Ta obłuda udaje się świetnie, a w internecie polskim pojawia sie jeden 'profesor', dwóch 'naczelnych konstruktorów BEinga' i jeden specjalista z 'NASA', który rozwiązał problem katastrofy shuttle'a. Boeing i NASA na swych stronach naturalnie ukrywają to wszystko. Jako rekompensata, Sakiewicz nadaje im tytuł Człowieka Roku w swej gazecie.

Są tylko problemy z niektórymi pryncypialnymi, uczciwymi pomocnikami, którzy widząc niezachowanie nawet pozorów solidności i uczciwości intelektualnej w "badaniach", decydują się opuścić zespół (M. Jaworski, M. Czachor). Dosłownie pięć osób, wykorzystując nie mające często wiele wspólnego z profesjonalizmem media w Polsce, i prymitywną socjotechnikę, skupia na sobie parę razy na miesiąc uwagę całego kraju. Macierewicz jest bardzo chętnie zapraszany, szokuje, poprawia oglądalność. Kiedy botanik drzew Cieszewski z jakiegoś miasta lub lasu w stanie Georgia w USA udowadnia, jak to mawia AM "niezbicie", że brzoza smoleńska, na której tupolew PLF 101 stracił skrzydło nie istniała, że była złamana już wcześniej, że została przestawiona w nocy, czy coś równie absurdalnego, to durne media dają mu drogi czas antenowy przez pół dnia. Nasz Dziennik ojca dyrektora Rydzyka wspiera jednak wyprawę do Smoleńska, która sprawdza i natychmiast obala kretyńskie teorie. Pień brzozy stoi tam bowiem nadal i każdy kogo stać na bilet kolejowy może sobie jej położenie wyznaczać do woli. Za tę śmiałość, uczestnicy niesankcjonowanej przez Macierewicza wyprawy, w tym zaufani Rydzyka, otrzymują z ust guru sekty miano 'rosyjskich agentów', o czym opowiadają mi w kuluarach konferencji inżynierii lotniczej Mechanics of Aviation XVI w 2014 r. (do tej pory nie rozumiem mechanizmu politycznego tego incydentu, z udziałem słuchacza Antoniego radia Maryja).

Cyrk w sejmie trwa na całego, latami. Mija r. 2013, 2014, 2015. Za stołem prezydium zespołu Macierewicza zasiada co miesiąc pan P.Z.P.R. Piotrowicz, na widowni m.in. mała garstka wdów smoleńskich, robiących bezwstydnie błyskawiczną karierę polityczną w sejmie. Na ekranach i na sali przewija się w kółko krótki, lecz jakże barwny korowód. Nie braknie specjalisty od spawania podwodnego i od gęstego betonu, od wydobycia węgla i domków jednorodzinnych, a nawet wynalazcy urządzenia do usuwania piegów z Danii. Do uczestnictwa w ZP (Zamachowym Przekręcie?) wiedza fachowa w zakresie badania wypadków lotniczych jest kompletnie zbyteczna, bo barany-wyborcy PiS tak czy inaczej wierzą w Zamach, nawet zanim jego obowiązujące tymczasowo szczegóły zostaną ustalone. Choć latami Macierewicz nie przedstawia najmniejszego skrawka dowodu na swe ekstremalne tezy 'zbrodni', dziennikarze śledczy bardzo rzadko mówią "sprawdzam". Dochodzi do przestępstw ściganych wieloma paragrafami kodeksu karnego. Szkalowani i pomawiani są pracownicy państwowi. Macierewicz daje 9.04.13 do ręki swemu współpracownikowi prof. Rońdzie sensacyjne (sfałszowane) materiały dowodowe w toczącej się sprawie śmierci 96 osób. Po programie, a dokładniej po debacie ze mną i red. Kraśko, Macierewicz odbiera je Rońdzie. Rońda przyznaje się do tego w prokuraturze, a po pół roku ujawnia w TV Trwam, że łgał w TVP; to był "blef". Ale Antoni jest chroniony w RPIII jakąś carte blanche. Nikt go o sprawę nawet nie pyta: ma wolne pole do PO-PiSu.

Prawie nikt, poza oczywiście byłymi członkami komisji Millera (ale o tych prawdziwych fachowcach nie będę tu mówił) nie garnie się by zaprzeczać oczywistym herezjom techniczno-naukowym ludzi postaci drugiej po Bogu w Partii-Matce. Liczba osób podających się za inżynierów jest w Polsce bardzo duża, ale najwyżej parę procent z nich coś umie na poziomie absolwenta dobrej zachodniej uczelni. Robi się taki klimat, że nie garną się narażać pisowskim hejterom wydając fachową opinię o wypadku. Przewidują co stanie się, kiedy tamci przejmą władzę. Najszybszy refleks w chowaniu się wykazują po 10.04.10 niemal wszyscy piloci polscy, którzy w LOT rozumieją co się stało i dlaczego. Wiedzą bowiem ze słyszenia, jak skandaliczny burdel panował w 36. SPLT na Okęciu przed katastrofą. Ale nie tylko tam, w całych siłach powietrznych. Była przecież w tym tanim i źle zarządzanym lotnictwie wojskowym bardzo podobna co do przyczyn do smoleńskiej, katastrofa dużego samolotu CASA 296 nabitego generałami, na podejściu do nie wyposażonego w ILS lotniska w Mirosławcu. W złej widoczności, w chmurach i mgle, w r. 2008.

Trwają polityczne miesięczniczki oraz synchroniczna, seryjna produkcja coraz bardziej wybrakowanych, dziwacznych i antynaukowych pomysłów na zamach. Samolot przegubowy, obezwładniony na 15 metrach, końcówki skrzydła latające jak bumerangi, biniendoloty pancerne do lądowania do góry kołami, mikrowybuchy, makrowybuchy, puszki po piwie, parówki z trotylem, gaśnica z nitrogliceryną, mały kąt natarcia, brak krateru i bomba termobaryczna odpalona na końcu wrakowiska tam gdzie był pożar. Inteligentni pomocnicy ZP Macierewicza odeszli, a lepszych koncepcji NIET, chociaż czasami uśmiecha się szczęście. Udaje się ściągnąć z rosyjskiego forum zmanipulowane zdjęcie skrzydła (o czym Binienda wie, lecz pokazuje dalej, zupełnie tak jak wiedział o 130-metrowym locie koncówki skrzydła DC-7, przeczącym jego 12 metrom, i manipulował dalej). Za każdym razem przedstawiane są przez naczelnego kłamcę jako nowa i znów jakoby niepoważalna Prawda (po tym, jak wszystkie poprzednie są błyskawicznie obalane i ośmieszane m.in. w salonie24 przez blogerów technicznych).

W 2016 r. Zespół Parlamentarny zmienia nazwę na Podkomisja Komisji MON i zaczyna hodować blaszane ptaki. Stawiają na klepisku szopę z namalowanymi oknami i drzwiami, lecz coś musi być z nią nie tak, bo ją wysadzają w powietrze. Następny milion do kieszeni. I następny przekręt: WAT robi badania w tunelu aerodynamicznym, wskazujące, choć cichym głosikiem, żeby nie stracić pracy, że w Smoleńsku obrót samolotu był nieunikniony po stracie skrzydła. Podkomisja dopisuje to tego swoje dokładnie odwrotne wnioski końcowe i staje w siódmą rocznicę wypadku w szranki z wytwórnią Walta Disneya na spektaklu, gdzie mundurowi bez honoru klaszczą podkomisjantom bez mózgu. Prapremierę strasznego filmu z wysadzania szopy kończą pytaniem do publiczności: czy tak było w Smoleńsku? Sami nic nie potrafią ustalić. Liczba baranów/zamachistów pisowskich po początkowym stałym przyroście spowodowanym w latach 2010-2014 kompletnym brakiem reakcji państwa polskiego tj. rządu Tuska, spada teraz jednak gwałtownie, do minimalnego poziomu twardego elektoratu Macierewicza i Kaczyńskiego, w sumie rzędu 20% wyborców. Dlaczego? Bynajmniej nie głównie ze względu na działanie za późno utworzonego Zespołu Laska (d.s. wyjaśniania publiczności istoty katastrofy i raportu KBWLLP), który pani Broszka dostaje polecenie natychmiast skasować i pozamiatać po nim ślady w sieci, w ramach dobrej zmiany. Przyczyna była inna.

Otóż wszyscy, a głównie jego baza, oczekiwali od p. Antoniego po wygraniu przez PiS władzy totalnej (dzięki cwanemu ukryciu go w szafie na czas wyborów, co drugi raz się nie uda), zapowiadanych latami DOWODÓW ZAMACHU. Przecież dziesiątki razy twierdził, że poprzednie fachowe śledztwa były sfałszowane, że wina Tuska, że ukryto dowody na zamach (nazywany eufemistycznie wpływem osób trzecich lub wybuchem). Po przejęciu MON powłamywał się nocą do jednych biur, a z innych kazał przynieść na biurko wszystkie dokumenty lub ich kopie. A tu mija rok, mijają dwa lata i... nic. Po takim czasie oczekiwania nawet barany zaczynają coś kojarzyć. Dociera już do połowy z nich, że Macierewicz zrobił przekręt, że dowodów nie będzie i nigdy nie było.

Podkomisję pogrąża w 2017 r. jej przewodniczący Berczyński (Drogi Wacek, jak powie o nim Macierewicz; pracował u Boeinga jako programista, udaje ważną figurę nie mając pojęcia o locie płatowca ani eksplozji termobarycznej, którą ma wypromować). Przechwala się, jak "wykończył" zakup przez Polskę helikopterów z Francji, które Airbus miał budować w Łodzi. Albo jest mitomanem, albo popełnił kolejne przestępstwo sekty. MON panicznie dementuje, PO zgłasza aferę do prokuratora, a Drogi Wacek gwałtownie opuszcza kraj i nie wraca, chociaż dalej pobiera wynagrodzenie z kasy publicznej. Musi tylko porzucić przewodniczenie podkomisji i synekurę w radzie nadzorczej Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 1 w Łodzi. Co gorsza, zaczyna się konflikt między @-z-brzytwą a innymi figurami PiS, związany z drobną pomyłką Macierewicza. Sądził, że prezydent Andrzej Duda jest jego podwładnym, takim jak np. pani Szydło. (Dla przypomnienia: premier rady ministrów, która nie miała najmniejszego wpływu na państwo-w-państwie MON. Już wymieniona.) Kaczyński udaje że wszystko jest cool, zatajając swoje uprzedzenie do Antka za większą popularność na wiecach. W dodatku dziwne rzeczy dzieją się z pieniędzmi w spółkach zbrojeniowych obsadzonych przez różnych Miesiewiczów i Berczyńskich, kontrakty są kasowane a żadne nowe nie realizowane i ogólnie w korytarzach MON zaczyna roznosić się niepokojący zapach.

I oto 9.01.18 układ gwiazd wyłącznie reżimowych, jako że o opozycji w kraju można mówić raczej tylko umownie, w końcu przestaje sprzyjać arcykapłanowi religii smoleńskiej. Macierewicz, dotąd wybitny lecz tylko teoretyk latania, otrzymuje niespodziewanie unikalną możliwość empirycznej weryfikacji swej teorii lotu: dostaje silnego kopa i lotem balistycznym opuszcza ministerstwo, w którym się już tak zadomowił, że hodował tam swoje Misie. Na ile sprawdzą się kretyńskie teorie o 12-metrowym locie dużych fragmentów, autorstwa jego 'głównych konstruktów BEinga', tj. jak daleko pan Antoni doleci i gdzie tak naprawdę wyląduje? Przez parę dni szybuje w nieważkości, a na ziemi w sejmie trwają bardzo niespieszne poszukiwania jakieś roboty zastępczej. Okażą się pozorowanymi ruchami, bowiem Macierewicz znów, jak przed ośmiu laty, jest trefnym towarem.

Prezes Pis dał dużo sygnałów, że powoli rzuca religię smoleńską, która dobrze służyła aż się zużyła i przeszkadza w zbliżającej się kampanii wyborczej. Wybuchowa teoria dziejów będzie jeszcze przepychana 10.04.18 resztką sił przez ekspertów-inaczej z udziałem byłego strażaka z Anglii, który na starość zajął się pod wpływem blogera s24 M Dąbrowskiego klejeniem za polskie grosiki skrzydeł z papieru i darciem ich (z parówkami w środku i puszką piwa?). Ale nie wiem czy ten teatr kukiełkowy po odejściu Wielkiego Animatora ktoś będzie oglądał. Będziecie?

11.01.18 trzeba w końcu coś ogłosić nt. miejsca lądowania wraku politycznego zastępcy sekretarza generalnego PiS. Opuszczony przez kolegów zwlekających z propozycją jakieś lepiej utytułowanej pozycji zastępczej lub propozycji uczciwszej pracy, poseł Macierewicz nadaje sobie (zawiadamiając nowego ministra) znaczący mniej niż nic tytuł przewodniczącego swej własnej podkomisji komisji KBWLLP, którą i tak zawsze sterował ręcznie. Ma pewien problem, bo tak zmienił prawo lotnicze, że teraz musi się najpierw przyjąć sam do KBWLLP... a to wbrew prawu. Najwyżej powie, że pracuje społecznie. Do kwietnia popilnuje pod-teatrzyk. Później inny ochłap - wicemarszałek (nawet nie marszałek). Antoni Macierewicz wchodzi w buty obecnego przewodniczącego podkomisji, b. wiecznego adjunkta Kazimierza Nowaczyka, wyrzuconego z uniwersytetu Maryland za manipulacje z udziałem AM. O takim awansie Antoni chyba nawet nie marzył. Spieszę z gratulacjami i czekam na jego dalsze występki.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...