Trzy katastrofy - trzy zamachy? Nr 1: Zginął były minister Kanady

Trzy katastrofy lotnicze: Wczoraj, na wyspie Havre-aux-Maisons archipelagu Magdaleny w Quebecu. Pół roku temu w Akron, Ohio. Sześć lat temu w Smoleńsku. Pogoda była wszędzie zła. Samoloty podchodziły do lądownia. Spadły przed progiem pasa. Lotniska nie miały systemu lądowania instrumentalnego ILS. Nikt nie przeżył. Wypadki czy zamachy? Rozwikłać zagadkę śmierci byłego ministra kanadyjskiego wraz z rodziną mogłaby jedyna instytucja na świecie powołana do potwierdzenia zamachu metodami pseudonaukowej socjotechniki: podkomitet KBWLLP w MON.





Jean Lapierre
Znany polityk, ceniony po każdej stronie parlamentu kanadyjskiego. Jego “Salut, salut” słychać było i w mediach które zakładał i kultywował, i w korytarzach władzy, gdzie jak mówił dziś b. premier Martin, wszyscy dzielili się z nim swym zdaniem; żaden polityk nie mógł obojętnie przejść obok przemyślanych i skonfrontowanych z realiami życia zwykłych Kanadyjczyków opinii wygłaszanych przez Lapierra. Mówiono, że miał w związku z tym czujniki w każdym zakątku polityki kanadyjskiej. Pochodził z Quebecu, wschodniej prowincji kraju, która targana była tendencjami separatystycznymi. Tam żyje się albo w świecie anglo- albo frankofonskim, i odpowiednio myśli i politykuje. Lapierre miał jednak zdolność pokonywania niewidzialnej granicy biegnącej meandrami przez instytucje i domy w Kanadzie. Miał przyjaciół po obu stronach barykady, a bardzo niewielu wrogów. Umiał chwalić i krytykować w jednym zdaniu, nie antagonizując i nie dzieląc. Przydałby się naszemu krajowi. Ale on urodził się i zginął na wyspie Havre aux Maisons archipelagu Îles-de-la-Madeleine, w ujściu zatoki św. Wawrzyńca do oceanu. Wyspy należą do prowincji Quebec, choć leżą bliżej Wyspy Księcia Edwarda oraz Nowej Szkocji. Najpierw przystąpił do partii liberałów, by w 1990 zmienić front. Pomógł L. Bouchardowi założyć słynną partię separatystów Bloc Québécois. Po dwóch latach odszedł od tego projektu. W 2004 r. premier Martin zaprosił Jeana Lapierra do swego rządu, gdzie jako minister transportu służył do 2007 r., po czym wrócił do swych mediów, komentował politykę, trzymając jak zawsze 'ucho nisko przy ziemi'.

CYGR, Îles-de-la-Madeleine, 29.03.2016
Polityk kanadyjski wylatuje z dwoma pilotami, wynajętym samolotem charterowym Mitsubishi MU-2B firmy Aero Teknic z St-Hubert, na pogrzeb zmarłego na chorobę Parkinsona 83-letniego ojca. Towarzyszą mu żona i trójka rodzeństwa. Lecą na rodzinną wyspę. Były minister transportu podróżuje najbezpieczniejszym środkiem transportu. Jednak pojawiają się problemy.

Na wyspie Magdaleny od rana trwa zawieja i śnieżyca. Mgła, niski pułap, bardzo silny i porywisty wiatr (METAR dla CYGR pare godzin po katastrofie, ktory sprawdziłem, mówił WIND 360 TRUE @ 42 KNOTS GUSTS 53 KNOTS OVERCAST 600 FT MODERATE BLOWING SNOW). W porywach do 53 węzłów. W chwili kiedy to piszę, komisja wypadkowa TSB ogłosiła, że sformowano zespół badawczy, który uda się na wyspę rano 30 marca. Ale już 29. po południu zaczynają padać pytania czy samolot powinien był wylecieć przy tego typu pogodzie? Air Canada wstrzymała w dniu katastrofy planowy lot na wyspę. Świadkowie opowiadają o marznącym deszczu i mgle.

CYGR to niewielkie lotnisko, celnicy odprawiają tylko samoloty GA (lotnictwa ogólnego) do 15 pasażerów. Pas 07, do którego podchodził samolot, ma DME czyli wskazanie odleglości od VOR. To wszystko. Nie ma ILS, jest podejście NDB 07, jest lokalizator z opublikowanym podejściem LOC/DME i LOC/NDB 07. Podejścia są zatem tylko nieprecyzyjne. Drogi startowe w dwóch kierunkach, ale krótkie. To lotnisko dokładnie typu Siewiernyj w Smoleńsku, z tym, że bardziej niebezpieczne, gdyż w bezpośredniej okolicy są górki, zamiast dolin.

Samolot MU-2B-60 (dwa silniki turbośmigłowe) zwalił się na ziemię wg jednych relacji 100 metrów od pasa bądź lotniska (a 4 km od pasa w innym doniesieniu), około 11:30 czasu lokalnego, po dwugodzinnym locie. Jedna z 7 osób na pokładzie przeżyła rozbicie samolotu (była resustykowana), lecz dostarczona do szpitala w stanie krytycznym zmarła. Samolot rozpadł się na otwartej przestrzeni na wiele części (trzy duże), jednak pole rozpadu wydaje się stosunkowo małe. Samolot spadał stosunkowo płasko. Nie było dużego pożaru.

Ten wypadek to niewątpliwie mniejszy, kanadyjski Smoleńsk
Komisja zbada wrak i zawartość skrzynek. Za pół roku lub rok, nie rekonstruując pieczołowicie całego wraku z tysięcy odłamków (to fotogeniczny mit propagowany w programach tv), wysłucha CVR, i w końcu orzeknie o prawdopodobnej przyczynie wypadku. Będzie nim czynnik ludzki. Błędy decyzyjne, być może błędne procedury operacyjne firmy przewozowej, w bardzo trudnych warunkach meteo.

Tak jest prawie zawsze. Owszem, mała część wypadków lotniczych zdarza się z powodu awarii (albo nawet zamachu). Ale gdy na lotnisku nie da się lądować, bo jest tak słaba pogoda, to nie robi się DODATKOWO zamachów, ani nie wysiadają na końcu trasy silniki (nawet nie wiedzą, że zbliżają się do ziemi). To zbędne - samoloty na ostatniej prostej rozbijają normalni, raz lepiej, a raz gorzej wyszkoleni, za mało przewidujący ludzie.

Ale gdybym był smoleńskim świrem
(jak kilkadziesiąt procent populacji pewnego sporego kraju EU) sądziłbym zgoła inaczej i nie przyjmował do wiadomości informacji, które mi nie pasują do wyznawanego mitu. Zadawałbym bez końca nowe, grubymi nićmi szyte, pseudotechniczne pytania retoryczne, na które oczywiście nie dostawałbym zadowalającej mnie odpowiedzi. To podsyciłoby moją podejrzliwość. Zacząłbym głęboko wierzyć w chore scenariusze i twierdził, że powód katastrofy jest ukrywany, ale kiedyś dowiemy się strasznej prawdy.

Albo jeszcze prościej - zostałbym politykiem z rodzaju cynicznych świń: oszukiwałbym skutecznie ludzi, zmyślał fałszywe dowody zamachu, zatrudnił nieuków i schizofreników do ogłaszania z góry ustalonych tez jako "wyników badań". Robiłbym to tak długo, aż pewnego dnia, posiłkując się katastrofą, przejąłbym władzę w Kanadzie. Następnego dnia ogłosiłbym, że nie będzie międzynarodowego śledztwa, co do konieczności którego przekonywałem przez parę lat. Nie potrzeba, bo ja zrobię sam lepsze. I oddałbym to ulepszone śledztwo odpowiednim ludziom. Odpowiednim swoim przybocznym. Takim, których kuzyn chodził rok do klasy z dziewczyną, której wujek widział raz samolot z bliska na święcie lotnictwa w 1967 r. Ponazywałbym ich wybitnymi profesorami, głównymi konstruktorami Boeinga, doradcami Obamy - a któż to sprawdzi...
Trwa ładowanie komentarzy...